- Potraktuję cię inaczej niż oni.
Nadal była czujna, choć po namyśle uznała, że może to być prawda. - Jak ci na imię? - Wolałabym najpierw dowiedzieć się, kim jesteś. Zaskoczyło go to, ale wzruszył ramionami. - Lord Alec Knight, do usług. - Skłonił się przed nią uprzejmie, z ręką na piersi. Zastanawiała się, czy nadal sobie z niej kpi. - Nie musisz się bać - dodał. - Nic złego ci nie zrobię. Daję słowo, że przy mnie będziesz całkiem bezpieczna. Spojrzała na niego podejrzliwie - bezpieczeństwo może różnie wyglądać. Jednego była pewna. Nikt nigdy nie zwracał się do niej w tak wyszukany sposób. Najwyraźniej miała przed sobą jednego z tych osławionych londyńskich hulaków. Był to kolejny powód, żeby nie opuszczać gasidła. Rozpustnicy, podobni temu mężczyźnie, niszczyli kobietom reputację dla igraszki. Tak przynajmniej słyszała. A jednak... była nieco zaintrygowana. Po namyśle uznała, że Alec Knight nie jest groźny Wysoki i mocno zbudowany, już dawno mógł odebrać jej gasidło, gdyby tylko chciał. Tak naprawdę kobiecie, która znalazła się w jego towarzystwie, groziło inne niebezpieczeństwo. Wszystko świadczyło o tym, że jest pożeraczem serc. Na pewno mnóstwo niemądrych dam poszłoby ślepo za nim niczym dzieci za szczurołapem z bajki. - Jak ci na imię, moja droga? - wyszeptał. - Obiecałaś, że mi je zdradzisz, jeżeli ja wyjawię ci swoje. - Niczego nie obiecywałam! - Muszę poznać twoje imię! - Przysunął się bliżej. - Nie ruszę się stąd, póki mi go nie wyjawisz. - Becky - wyjąkała, ale nie podała nazwiska. Im mniej będzie o niej wiedział, tym lepiej. - A dlaczego, moja mila Becky, spałaś akurat pod drzwiami Draxingera? - Może się zmęczyłam? A może nie miałam gdzie pójść? - pomyślała. - Kamerdyner nie chciał cię wpuścić? - Po cóż miałabym fatygować kamerdynera? - spytała cierpko. Raniło jej dumę, że ci wszyscy bogaci, zarozumiali mężczyźni ujrzeli ją w takim stanie. - Wystarczyło zapukać - zbeształ ją z łagodnym uśmiechem. - Służba wpuściłaby cię od razu, gdybyś powiedziała, że przysyła cię madame. Madame? Becky wreszcie zaświtało, o co właściwie chodzi. A więc dlatego tamci byli tacy natarczywi! Z przerażeniem uświadomiła sobie, że lord Alec Knight, podobnie jak jego kompani, a także wszyscy inni w tym okropnym Londynie, uznał ją za ladacznicę. - Wróćmy do domu - kusił ją. - Będziemy sami. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek zrobił ci krzywdę. A to dopiero. Wreszcie ktoś w tym nienawistnym mieście okazał jej nieco zainteresowania. Tyle że teraz rozumiała, dlaczego. Już miała wyjaśnić mu, że się mylił, ale nagle zmieniła zamiar. Jeśli się przyzna, że jest uczciwą dziewczyną, znów będzie samotna, głodna i zagubiona. Perspektywa pozostania samej na ulicy, w środku nocy, była o wiele gorsza niż szokujące zapędy lorda Aleca. Zrobiła więc to, co na jej miejscu uczyniłby każdy sprytny wieśniak z Yorkshire. Nie powiedziała ani słowa. Niech sobie o niej myśli, co chce! Musiała przeżyć, nie troszczyła się o reputację. W jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób olśniewająca prezencja Aleca sprawiła, że noc wydała się jej mniej mroczna. - Chodźmy, Becky - namawiał ją. - Jeszcze się śmiertelnie zaziębisz na tym deszczu. Przecież widzę, że dygoczesz z zimna. - Spojrzał z ukosa na gasidło. - Dlaczego tego nie odłożysz? - Nie zbliżaj się! - ostrzegła go jeszcze raz, choć jej opór wyraźnie topniał. - Coś mi mówi, że niedługo zarabiasz w ten sposób. - Ja... ja... - Czy on miał na myśli nierząd? - Nie martw się - mruknął wyrozumiale. - Nie przeszkadza mi brak doświadczenia. W gruncie rzeczy to dobrze. Jesteś zbyt ładna jak na ulicznicę.